12°C słabe, przelotne opady deszczu

Chichot Gomułki, czyli jak władze walczą z satyrą

Publicystyka, Chichot Gomułki czyli władze walczą satyrą - zdjęcie, fotografia

Do wielu różnych mierników demokracji powinno dołączyć się i ten: poziom tolerancji władz publicznych na satyrę skierowaną wobec siebie. Jeśli go uwzględnić to jest coraz gorzej.


„Utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może zdobyć się tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoku, człowiek o moralności alfonsa.” Znacie? To oczywiście towarzysz Gomułka o Januszu Szpotańskim i jego doskonałej satyrze „Cisi i gęgacze”. Literacki talent, erudycja, humor, odwaga i uczciwość zawiodły Szpotańskiego do peerelowskiego więzienia.
Te czasy już minęły, ale satyra wciąż potrafi rodzić prawne konsekwencje i wciąż bywa w Polsce niebezpieczna dla jej autorów. Niestety w ciągu ostatnich lat stała się tym bardziej ryzykowna.
 
Humor sądowy
Trzeba przyznać, że rysunek satyryczny z „Nowego Życia Pabianic” finezją nie porażał. Lekarkę zawiadującą placówką medyczną przedstawiono w ludowym stroju z podpisem „Koko, koko, w dupie chłopów mam głęboko”. Podpis nawiązywał do lokalnego konfliktu i kontrowersji, które się wokoło niej pojawiały. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj.
Sąd uznał, że gazeta naruszyła dobra lekarki, bo rysunku satyrycznego nie opublikowała „w ważnym interesie społecznym”. Co więcej pani doktor miała za sprawą satyry stracić pracę, za co również miała ponosić odpowiedzialność gazeta publikująca satyrę. Sędzia podkreślił, uwaga to bardzo ważne, że utwory satyryczne podlegają takiej samej ocenie jak inne publikacje prasowe.
To niejedyny taki wyrok. Kilka lat temu publicysta i były redaktor naczelny tygodnika „Wprost” Marek Król otrzymał wypowiedzenie za felieton, w którym parodiował rozmowę Andrzeja (w domyśle Wajdy) z Adamem (w domyśle Michnikiem). Sprawę skierował do sądu pracy. W pierwszej instancji przegrał, bo sąd przyznał rację pracodawcy, iż Król wkładał w usta znanych postaci słowa, których tamte nie wypowiadały. Dopiero w drugiej instancji przyznano rację Królowi.
Z kolei pierwszego kwietnia 2013 roku tygodnik „Nie” Jerzego Urbana zamieścił żartobliwą informację, w którym w usta polityków zasiadających na Stadionie Narodowym włożono fałszywe wypowiedzi. Redakcja napisała, że są to stenogramy z podsłuchów,  ale żartobliwy kontekst był wówczas oczywisty (było to ponad rok przed aferą podsłuchową), zresztą dowcip był toporny jak na gazetę Jerzego Urbana przystało. Mimo tego premier uznał sprawę za na tyle pilną w swojej agendzie, że wytoczył „Nie” proces, a sąd przyznał mu rację i nakazał przeprosiny.
Nie zawsze władze publiczne decydują się od razu na proces. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wysyłała sprostowania odnośnie żartów ze stron satyrycznych.
To tylko kilka z przykładów.[reklama]
 
Satyryku, nie kłam!
Charakterystyczne w tych wszystkich sytuacjach jest to, że władze publiczne i przyznające im rację sądy wymagają od rysunków, felietonów, fotomontaży satyrycznych prawdziwości i wierności w odwzorowywaniu faktów. Dokładnie wyraziło to orzeczenie sądu w sprawie „Nowego Życia Pabianic” gdzie uznano, że satyra podlega takiej samej ocenie jak inne treści prasowe. Powtarzam się, ale to bardzo ważne. Do tego sądy lubią dodawać, jak było w przypadku procesu Króla, że satyra miała na celu „ośmieszenie” lub „wyszydzenie” opisywanego (czy obrysowywanego). Zajrzyjmy więc do słownika Kopalińskiego:
Satyra aktualny utwór lit., wyszydzający, chłoszczący, ośmieszający indywidualne a. społeczne wady i przywary, zło i bezprawie; ogół utworów tego rodzaju.
Mamy więc wyszydzanie i ośmieszanie wpisane w ramy gatunku. Do kuriozum już urasta obarczanie rysunku satyrycznego winą za to, że ktoś utracił pracę. W dodatku nie była to praca w lokalnym warzywniaku, którego niewyedukowany właściciel wierzy w rysunki satyryczne, a kierownicze stanowisko w placówce medycznej. Jeśli decydenci w tej sprawie ulegli tylko prasowemu rysunkowi to przecież nie pozostaje nic innego jak wygrać z nimi proces w sądzie pracy.
W oczywisty sposób metodą pracy satyryka jest wymyślanie historyjek, które imitują rzeczywiste po to by je ośmieszyć. Charakterystyczne jest, że w świetle niektórych orzeczeń sądowych poprawną satyrą jest tylko taka, która... gatunkowo nie jest satyrą. Niestety, choć towarzysz „Wiesław” poczucia humoru nie miał, to jego chichot słychać zza grobu.
 
 Wiktor Świetlik

Artykuł stanowi przedruk z portalu pogotowiedziennikarskie.pl

Chichot Gomułki, czyli jak władze walczą z satyrą komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się